Św. Mikołaj, Holandia i 10 Hiszpanów

Wiesz co łączy Holandię z Hiszpanią? No tak, Hiszpańska Inkwizycja ale nie do końca o to mi chodziło. Otóż łączy je Św. Mikołaj, który już w listopadzie przypływa do jednego z portów Holandii parostatkiem z Madrytu. Ekhm, nie wierzysz? Zapraszam do lektury.


Za parę chwil św. Mikołaj odwiedzi polskie dzieci. Już jakiś czas temu ostro przybrał na wadze i zamienił biskupie szaty na dres z czerwonej flaneli. Na głowie nosi ciepłą czapę z białym pomponem. Tradycja masowa przykryła grubą kołdrą magicznych opowieści ciekawą historię dobrego człowieka z Miry. Uwierzyliśmy, że zamiast ciepłych krain Mikołaj wybrał Laponię. Dla Pani Mikołajowej zerwał święcenia kapłańskie, zapuścił białą brodę i wziął do ręki butelkę coca-coli. Ostatecznie ilość spożywanych węglowodanów zmusiła go do zakupu olbrzymich sanek oraz zatrudnienia do pomocy stada reniferów. Ponieważ duża nadwaga zwiększa ryzyko utknięcia w kominie w roznoszeniu prezentów pomagają mu magiczne elfy. Niby fajnie, ale… jednak lekka żenuła…

Na szczęście, na samym krańcu naszego kontynentu stare historie wciąż mają znaczenie. Choć przyznam, że osobiście lubię brodacza z północy to ogromny szacunek wzbudza we mnie ta holenderska (i belgijska) wierność rodzimej tradycji.


→ Parostatkiem w piękny rejs

Wyobraź sobie staruszka w czerwonych szatach. Stoi na dziobie parostatku, który tnie spienione, morskie fale. Jego stopy lekko unoszą się w górę i musi kurczowo złapać się relingu by nie wypaść za burtę. W jego sercu, z popołudniowej drzemki, budzi się strach o skarby zgromadzone pod pokładem Pakjesboot 12. Wie dobrze, że nie ma na świecie cenniejszego ładunku. W kołach samochodzików, błękitnych oczach lalek i kubistycznych klockach lego kryją się dziecięce uśmiechy i marzenia. Ten siwobrody starzec to Sinterklaas. Po naszemu Św. Mikołaj.

Widzę, że minę masz nietęgą, a na usta ciśnie Ci się pytanie:

 

Co ty tu motyla noga opowiadasz!? Św. Mikołaj + parowiec + morskie fale!?

 

Ano, Święty Mikołaj przypływa do Holandii wprost z ciepłej Hiszpanii. Każdego roku zawija do wybranego portu w pierwszą sobotę po św. Marcinie (na początku listopada) i zostaje, aż do 5 grudnia – czyli do dzisiaj.

Co ciekawe Sinterklaas nie kryje się pod osłoną nocy. Na holenderskiej ziemi witany jest hucznie i niemal na galowo. Witają go nie tylko dzieci z zarumienionymi z wrażenia policzkami. Mikołaj wymienia grzeczności z oficjelami oraz udziela wywiadów holenderskim stacjom telewizyjnym i radiowym.


Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Tom Jutte

Przyjazd św. Mikołaja w języku tysiąca harknięć to intocht van Sinterklaas. Co ciekawe słówko „intocht” to po prostu „przybycie” ale jest używane w zasadzie tylko w kontekście tego brodatego jegomościa.

Jesteś ciekaw jak wygląda ów intocht? Przekopałam pół jutjuba i mam dla Ciebie filmiki!

Dziecięce śpiewy i klaski z 2016 roku

Sinterklaas przypływa do mojego ukochanego Amsterdamu w 1967 <3


→ (Zwarte) Piet

Słyszysz tętent kopyt na równo wywalcowanej ścieżce rowerowej. Pęd powietrza rozwiał Twoje włosy odkrywając niezbyt atrakcyjną zaczeskę. To Sinterklaas przemknął obok na białym rumaku. Za nim szybkim truchtem biegnie banda dziwnie odzianych i wymalowanych na czarno jegomości. Jedni są dość spokojni. Większość jednak kręci młynki rękami, robi salta i podskakuje. Bardzo im spieszno bowiem przed 5 grudnia muszą obdarować młodocianych interesantów słodyczami. Wiozą ze sobą tonę czekoladowych literek, pierniczków kruidnootjes i pepernoten oraz korzennych ciasteczkek speculaasje (Niech żyją deminutywy!).

Ta kolorowa i rozkrzyczana gromada to Czarni Piotrusiowie. Ubrani w papuzie stroje, wymalowani na czarno bohaterowie holenderskiej tradycji dla nas są dość egzotyczni. Kompletnie nie wpisują się w globalną tradycję, w której nobliwy staruszek przemierza nieboskłon w saniach zaprzęgniętych w puchate renifery. Zapytasz:

Gdzie podział się grudniowy wieczór, wirujące płatki śniegu ponad głowami i wzory malowane przez mróz na okiennych szybach?

i dodasz trochę ciszej.

Kurczę, co oni jedli! (Poproszę to samo!)

Zwarte Piet w holenderskiej tradycji wziął się nieprzypadkowo. Jak głosi legenda św. Mikołaj wykupił z niewoli etiopskiego chłopca Pietrusa, który czując się zobowiązany służył biskupowi, aż do śmierci. Czarni Piotrusie mają być hołdem złożonym temu chłopcu. Inne opowieści mówią coś o czarnoskórych Maurach z miasta Bari, relikwiach, kadzidle… ale ta historia mniej mi się podoba więc sori (kto uwielbia tą wymowę łapka w górę!) nie opowiem!


Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk

→ Nie taki czarny jak go malują

Tak jak wspominałam Wam w jednym z wcześniejszych artykułów ten unikalny zwyczaj coraz gorzej radzi sobie w obecnych czasach. Przede wszystkim tradycja kwestionowana jest przez środowiska walczące o równość rasową. W Holandii prężnie działa inicjatywa o nazwie Zwarte Piet is a Racisme. Facebookowy profil skupia w okół siebie ponad 18 000 osób popierających ideę wyplenienia z tradycji Czarnego Piotrusia.

Obrońcy zwyczaju próbują za wszelką cenę złagodzić jego negatywne konotacje, a – nie ukrywajmy – spuścizna kolonialna nie pomaga. Dawno temu zastąpiono już określenie „sługa św. Mikołaja” podobnym lecz łagodniej brzmiącym „pomocnikiem.” Obecnie próbuje się tłumaczyć kolor Piotrusia nadużywaniem przez rzeczonego kąpieli w sadzy…. No błagam! Ja kocham Holandię, cenię i szanuję jej mieszkańców ale nawet ja nie uwierzę w te banialuki. Zwarte Piet to bambo jak się patrzy…

Co ciekawe jesienią tego roku Zwarte Piet dostał kolejnego bana. Pokonać próbowały go władze, wyplenić usiłowały media. Tym razem głośny sprzeciw zgłosiła telewizja RTL. W jej programie Piet stracił swoją umorusaną buzię na rzecz różnokolorowej facjaty.

Sama nie wiem czy ta afera wokół Piotra to słuszna droga czy może przesadne szukanie dziury w całym. Z jednej strony poprawność polityczna zaprowadziła nas na manowce lecz z drugiej w uszach wciąż dźwięczą mi słowa znajomego:

Dlaczego nie możemy zmienić tej drobnej rzeczy w naszej tradycji? Czy to, że nasi czarnoskórzy przyjaciele poczują się dzięki temu lepiej nie jest wystarczającym argumentem za tą zmianą?

Zostawiam Was z tym tematem.


Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerrit Knol

→ Pakjesavond

Jest wieczór 5 grudnia. Siedzisz na kanapie razem z rodziną, a w kominku z jednego polana na drugie przeskakują radośnie iskry. Tuż koło kominka równym rzędem stoją dziecięce buciki, a w nich ukryte są marchewki i kostki cukru. Czekają na siwego rumaka św. Mikołaja. Jego imię pozostaje tajemnicą. Jedni nazywają go Amerigo, inni Schimmel (Siwek?) a Gerrit twierdzi, że to Nico. Nie wiem jak Ty, ale ja trochę się boję, że imię jego 40 i 4 lub coś w ten deseń więc lepiej nie drążyć…

Dzieci w napięciu wyglądają przez okno wypatrując Sinterklaasa. Nagle rozlegają się głośne huknięcia. Ktoś uderza pięścią w drzwi, a Twoje serce skacze do gardła. To nie przerażenie. Dobrze wiesz, że to ON zostawił u progu wór pełen prezentów. Młodzież w podskokach wciąga do domu gifty. Siadacie wspólnie i zaczynacie czytać na głos przygotowane na tę okazję wierszyki. Pakjesavond wymaga bowiem pięknej i tradycyjnej oprawy 🙂


Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Jos van der Heiden

→ Sinterklaas we wspomnieniach

W napisaniu i zilustrowaniu tego artykułu bardzo pomogło mi trzech dżentelmenów: Gerrit, Gerald i Jos. Nie dość, że pozwolili mi umieścić tu swoje zdjęcia to jeszcze odpowiadali na grad pytań i podzielili się ze mną swoimi wspomnieniami 🙂 W tym miejscu chciałabym im bardzo podziękować.

Dank je wel Gerrit, Gerard en Jos voor de fotos (en geduld) 🙂 Fijne Pakjesavond!

Gerrit

Wspomnienie, które podarował mi Gerrit mrozi krew w żyłach. To historia o tym jak krucha i delikatna jest dziecięca wiara. Rzecz zdarzyła się, gdy był małym chłopcem. Właśnie rozpoczął naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Jak co roku podczas pakjesavond całą rodziną zebrali się u babci, aby – przy akompaniamencie czytanych na głos wierszy – rozpakować prezenty. Cały wieczór Gerrita nie opuszczało przeświadczenie, że z Sinterklaasem było coś nie halo. Otóż staruszek miał zeza rozbieżnego. Dokładnie tą samą wadę wzroku miał tata jego kolegi. Co gorsza, głos Sinterklaasa również brzmiał podobnie. W ten dzień Gerrit przestał wierzyć.

Gerard

Dzieciństwo Gerarda przypadło na trudne czasy tuż po II Wojnie Światowej. Na kilka tygodni przed wieczorem rozpakunku w sklepowej witrynie ujrzał autko z serii Matchbox za ok 95 centów. Gerard przykleił rączki i nos do szyby wpatrując się w to cudo zabawkowej motoryzacji i zapytał mamę czy mógłby dostać go w prezencie od św. Mikołaja. To samo pytanie zadawał jej każdego kolejnego wieczoru aż do 5 grudnia. Odpowiadała: nie wiem. Gdy nadszedł wieczór pakjesavond Gerard był podekscytowany. Rozwijał papier z rumieńcami na twarzy. W pakunku czekał na niego samochodzik Matchbox!

Wiele lat później Gerard odkrył, że na ten jeden malutki samochodzik za jedyne 95 centów złożyli się wszyscy bezdzietni członkowie jego rodziny. Dla jego rodziców ten prezent był zbyt drogi…

Jos

Jos wspomina dzieciństwo i oczekiwanie na Sinterklaasa. Zawsze z przejęciem czekał na wieczór prezentów. Zastanawiał się w dziecięcym serduszku czy był grzeczny tego roku i czy na pewno zasłużył na prezent. Wspomnienie Josa – przyznasz – to kwintesencja dziecięcego oczekiwania na św. Mikołaja. To coś ważniejszego nawet niż same podarunki.


Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerrit Knol
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
Sinterklaas, św. Mikołaj w Holandii i Belgii
Autor: Gerard Stolk
O autorce
Fru
Wszystko co się dzieje w moim świecie dzieje się zazwyczaj w moim własnym środku. Tam przeżywam zachwyt, radość i smutek. Od dziecka zwijam wszystkie myśli i słowa w kulki, a potem upycham wewnątrz. To daleko posunięty introwertyzm wg fachowców od ludzkiej duszy. Ja zazwyczaj mówię krótko, że jestem popie… tzn. chciałam rzec, iż stworzyciel spaprał lekko robotę tworząc Magdalenę. Z tego spaprania wziął się pomysł na blog podróżniczy. Wszak po cóż kisić w sobie te wszystkie słowa jeśli można podzielić się wewnętrznym słowotokiem z bezpiecznych, domowych pieleszy?
Join to Instagram