Do odważnych świat należy!

Dokładnie 14 stycznia 2016 roku ruszyłam w pierwszą samotną podróż za granicę. Pełna obaw ale i pełna ekscytacji pokonałam własne ograniczenia. W lekko osobistym wpisie opowiadam Ci o tym dlaczego wybrałam Amsterdam na pierwszą destynację oraz o tym jak wyglądała logistyka mózgowa babki 30+, która wyrusza po raz pierwszy w życiu sama w świat 😉


→ Dlaczego do licha Amsterdam?*


* To nie jest wpis o Amsterdamie. Serio, Serio. Tylko tak głupio zaczęłam ;)

Pierwszy raz miałam okazję odwiedzić Amsterdam kilka lat temu. Był to rok, w którym po kilku(nastu) latach ponownie swoje podwoje otworzyło Rijksmuseum. Nie będę ukrywać, że ta kilkudniowa wizyta nie wywołała we mnie zachwytu. Większość czasu spędziliśmy w muzeach, a sam Amsterdam pogrążony był w deszczowej rozpaczy. Był kwiecień, początek pory tulipanowej. Tak bardzo chciałam zobaczyć Keukenhof utkany z delikatnych, kochanych przeze mnie i przez holendrów kwiatów. Tak bardzo chciałam zobaczyć wiatraki. Niestety współodkrywcy przyjęli depresyjny styl zwiedzania. Poruszaliśmy się z punktu A do punktu B. Z muzeum do muzeum. Z głowami ukrytymi w przewodniku.

Po tej wizycie czułam wewnątrz drażniący niedosyt. Nie był on w rodzaju tęsknoty i chęci szybkiego powrotu. Był pełen żalu i zawodu, że nie odczułam w ogóle klimatu tego miejsca. Czułam się obco w miejscu, które obcych przyjmuje z otwartymi ramionami. Czułam się skrępowana i zagubiona w środowisku rozsławionym ze swej tolerancji i otwartości na nowe. Wielki świat uderzył we mnie niczym w prowincjuszkę. A na słowo rowerzysta reagowałam wysypką.

Dlaczego więc wybrałam Amsterdam ponownie? Z prozaicznych powodów. Jestem osobą, która panicznie bała się latać. W samolocie czułam się źle, miałam problemy z oddychaniem, skupieniem wzroku w jednym punkcie, mój błędnik szalał, a pierwsza podniebna podróż skończyła się wezwaniem pogotowia na płytę lotniska w Bolonii. Zdawałam sobie sprawę z tego, że moje objawy (w tym jednym środku transportu!) są podkręcane przez panikę i koło się toczy. Pierwszy lot do Amsterdamu był inny. Lecieliśmy Eurolotem, który tę trasę obsługiwał niewielkim, turbośmigłowym samolotem. Przeciążenia były mniejsze, a ja czułam się całkiem dobrze. Dlatego też, gdy podjęłam decyzję o pierwszej samotnej podróży poza granicę Polski, wybrałam Amsterdam. Krótka podróż, turbośmigłowiec – pomyślałam „Poradzę sobie i może przy okazji uda mi się poprawić stosunki z Niderlandami”.

Od postanowienia do czynu prowadziła długa i kręta droga. Strach mnie paraliżował (lot, fru sama w wielkim mieście, mizerna znajomość angielskiego, finanse) a przypadkowe wydarzenia poddawały pod wątpliwość moją rzeczywistą motywację. Tak po prawdzie nic by pewnie z tego nie było gdyby nie gorączka. Dokładnie 39,3 st. Rozsądek poddał się, a królewskie linie lotnicze zmąciły me zmysły. W moich rękach pojawiły się dwa bilety do zimowej Holandii bez możliwości zwrotu.

20151001_133451

Znów mówili „szalona”, znów pukali w głowę. No co oni z tym mają? Trzęsiportki i tyle. Ja miałam plan.

O tym gdzie byłam, co widziałam i przeżyłam opowiem Wam innym razem. Dzisiejszy wpis dedykuję bowiem każdej singielce i każdemu singlowi, który właśnie zastanawia się czy jest sens podróżować samemu i czy aby nie jest zbyt straszno.


→ Przejdźmy do sedna

Samotnym podróżnikom pod wieloma względami już na starcie jest trudniej. Po pierwsze solo traveler sam sobie jest filantropem. Z jednej pensji musi uskładać monety, by opłacić eskapadę. Szukając noclegu ma świadomość, że w hotelu czy pensjonacie musi zapłacić za dwie głowy, a nie jedynie za swoją własną. Nikt bliski nie siądzie koło niego w samolocie. Powiedzenie „w kupie raźniej” w jego przypadku nie obowiązuje. Sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem – ze wszystkimi blaskami i cieniami.

Patrząc z perspektywy moich wyjazdów (choć nie było ich jeszcze tak wiele jakbym chciała), osoba podróżująca samotnie musi połączyć w jedno kilka fachów. W marketingu powiedziałabym – musi mieć w sobie cechy każdej z person, o których powiem Wam poniżej.


→ Finansista

Jedną z rzeczy, która przed wyjazdem spędzała mi sen z powiek były finanse. Gdy gorączka opadła przybył popłoch: „Jak przeżyć 5 dni w Holandii i to w euro?

Po pierwszej kalkulacji włosy zjeżyły mi się na karku, drzwi złowrogo skrzypnęły, a komputer się zawiesił. Pomyślałam „O matulu! Fru wkopałaś się nie na żarty. Kupa siana, no nie podołasz bo: a) wynajmujesz mieszkanie więc lwią część finansów zgarnia imć właściciel, b) rodzinnego garnuszka unikasz od 19 roku życia, c) szmal przetrącasz na ciuchy i kosmetyki b) reszta groszy idzie w biodra! Co tu robić? Jak żyć?

Zawodowe zboczenie nakazało mi utworzyć nowy arkusz kalkulacyjny i spisać wydatki w podziale na role: konieczne i zbytki. Powstał zarys kwoty do zgromadzenia. Niebagatelnej jak na 3 miesiące. Wyboru nie miałam wielkiego: pożyczka gotówkowa, napad na bank, oszczędzanie. Postanowiłam połączyć dwie z nich, które zdały mi się rozsądne choć nie tak kuszące jak rabunek. Powiedziałam sobie (no sorry, single tak mają – gadają do siebie jak nikt nie patrzy!): „Zgromadź ile dasz radę, resztę pożyczy Ci miły Pan w banku”.

Do oszczędzania wykorzystałam kilka zasad wyniesionych z rozlicznych szkoleń z zarządzania. Po pierwsze ograniczyłam multitasking finansowy i dokładnie określiłam na jakie gałęzie codziennego żywota będę wydawać cenne złotówki w newralgicznym czasie. Pomogło mi to, że zostałam wytypowana do beta testów nowej bankowości internetowej, w której każdy wydany pieniądz mogłam przypisać do konkretnej kategorii. Po drugie wyznaczyłam sobie oszczędnościowe cele smart: krótkie, określone w czasie, możliwe do zrealizowania lecz nie nazbyt proste. Osiągnięcie pierwszego z nich dało mi takiego kopa, że kolejne realizowałam z coraz większym zapałem. Po trzech miesiącach na koncie oszczędnościowym odłożyłam całą kwotę, której potrzebowałam na wyjazd.


→ Hipis

Jestem introwertykiem – to prawda. Nie lubię się dzielić prywatną przestrzenią, tak jak Joey z Przyjaciół nie lubił dzielić się jedzeniem. Natomiast wakacyjny czas w totalnej izolacji napawa mnie trwogą. Lubię ludzi, a do szczęścia potrzebna mi tylko milcząca obecność w zacnym towarzystwie ekstrawertyków.

Dutch Style, powiedzenia holenderskie

Łóżko w hostelowym dormitorium pozwala spędzić wakacje w backpackerskiej komunie. A uwierzcie mi, wśród backpackerów nie ma ludzi nudnych*. Każdy niesie z sobą bagaż przeżyć, doświadczeń, zdjęć z podróży i marzeń. Warto spędzić choć jedną noc w hostelu by z wypiekami na twarzy słuchać opowieści przywiezionych tego samego dnia z dzikich ostępów Afryki, zza oceanu czy prosto z krainy wampirów.

* Muszę sprostować – są. Trafiłam raz na skład, w którym ze sobą nie rozmawiałyśmy. W zasadzie wymiana dzień dobry stanowiła problem.

Na marginesie: nie wiem czy wiecie, ale hostel to nic innego jak młodzieżowe schronisko turystyczne. To się zmienia, jednak w wielu miejscach obowiązuje jeszcze ograniczenie wiekowe. Zdarza się, że hostel przyjmuje pod swój dach osoby w wieku od 18 do 35 roku życia. Aby uniknąć przykrej niespodzianki podczas meldunku przeczytajcie zawczasu uważnie tzw. zasady domowe.

Jeśli jesteś babeczką i przeraża Cię noc w pokoju typu mix – nie bój żaby. Niektóre hostele oferują pokoje tylko dla kobiet, a nocleg w nich jest niewiele droższy niż w pokoju pierwszego typu.


→ Krytyk kulinarny

Lubię jeść smacznie i zdrowo. Przy ograniczonym budżecie moim celem było złapanie balansu między smakiem, a kwotą jaką chcę przeznaczyć na rozpieszczanie podniebienia. Przetrząsnęłam lokalne blogi kulinarne wyrabiając sobie opinię o smaku na podstawie licznych zdjęć, gdyż po holendersku nie kumam. Przetrzepałam instagram w poszukiwaniu miejsc chętnie odwiedzanych przez lokalsów. W końcu napisałam do marketingowców iamsterdam prosząc o rekomendacje 🙂  Znalazłam kilka świetnych miejsc, które nie rujnując portfela zniewalają kubki smakowe. Opowiem Wam o nich w osobnym wpisie.

Co warto zjeść w Holandii


→ Indiana Jones

Wspominałam Wam już, że jestem typem włóczykija jednak wszystkie „musty” skrzętnie zapisuję w kajecie. Planując podbój Amsterdamu korzystałam z dwóch elektronicznych aplikacji. Pierwsza z nich czyli Tripomatic pozwala zaprojektować każdy dzień podróży. Fajnym rozwiązaniem jest wyświetlanie czasu potrzebnego na pokonanie dystansu pomiędzy punktem A i punktem B. Dzięki temu, do minimum można ograniczyć ryzyko utraty cennego czasu na dojazd do rozrzuconych po całym mieście destynacji. Drugą aplikacją, do której sięgnęłam były mapy od Googla.

Niesiona dziwnym niepokojem kupiłam jeszcze tradycyjną mapę miasta, na której pisakami wymalowałam miejsca warte odwiedzenia i punkty gastronomiczne. Ostatecznie okazało się to mądrym posunięciem, gdyż w moim hostelu zepsuło się wifi i ta analogowa nawigacja okazała się bezcenna.

24185817202_fa1ad915d8_k


→ Zawiadowca stacji

W moim kajecie swe zaszczytne miejsce znalazły również informacje na temat połączeń kolejowych oraz liniami sieci GVB i Connexxion. Nazwy newralgicznych przystanków również oznaczyłam na mapie, aby zniwelować me problemy z orientacją w terenie.

Przed wyjazdem sprawdziłam jak dostać się z lotniska Schipchol na stację Amsterdam Centraal. Dzięki temu dowiedziałam się, że wszechobecne automaty biletowe nie przyjmują banknotów, a niektóre co gorsza nie mają systemu z angielską wersją językową. Na wszelki wypadek zapisałam więc co i gdzie naciskać po holendersku – miałam przy tym ubaw po pachy 😉

10432094_878792238839374_3693568359803493388_n

Wiedząc, że przylatując z Polski nie będę mieć monet wydrukowałam plan hali przylotów naniosłam na nim lokalizację tradycyjnych kas biletowych. Wydrukowałam też plan hali odlotów, aby ułatwić sobie podróż powrotną.


→ Bodyguard

Bezpieczeństwo, gdy jest się samotnie podróżującą kobietą spędza sen z powiek. Prawda jednak jest taka, że świat nie jest tak groźny jak na pozór się wydaje. Ważną zasadą jest podyktowanie zaufanej osobie planu podróży, miejsca noclegu, dat przylotów i odlotów oraz meldowanie się w wyznaczonych godzinach. Ja mam zawsze ze sobą namiary na polską ambasadę lub konsulat.

Zastanawiasz się pewnie co z bagażem, aparatem, sprzętem elektronicznym, pieniędzmi. I na to wszystko są dobre rozwiązania. W hostelu otrzymujesz szafkę zamykaną na kluczyk lub/i na własną kłódkę, w której zazwyczaj możesz zamknąć bezpiecznie cały bagaż. Jeśli obawiasz się o cenne rzeczy możesz wykupić dodatkową skrytkę tuż obok recepcji.


Mam nadzieję, że udało mi się rozwiać parę z Waszych wątpliwości i patrzycie w podróżniczą przyszłość z podekscytowaniem. Jeśli macie pytania lub Waszym zdaniem pominęłam istotne aspekty – dajcie znać!

O autorce
Fru
Wszystko co się dzieje w moim świecie dzieje się zazwyczaj w moim własnym środku. Tam przeżywam zachwyt, radość i smutek. Od dziecka zwijam wszystkie myśli i słowa w kulki, a potem upycham wewnątrz. To daleko posunięty introwertyzm wg fachowców od ludzkiej duszy. Ja zazwyczaj mówię krótko, że jestem popie… tzn. chciałam rzec, iż stworzyciel spaprał lekko robotę tworząc Magdalenę. Z tego spaprania wziął się pomysł na blog podróżniczy. Wszak po cóż kisić w sobie te wszystkie słowa jeśli można podzielić się wewnętrznym słowotokiem z bezpiecznych, domowych pieleszy?
Join to Instagram