Czy warto jechać do Amsterdamu w zimie?

Już wczesną jesienią pojawiły się pierwsze pytania o to, czy warto jechać do Amsterdamu w zimie. Jak widać strach przed chłodem i niepewną pogodą spędza sen z powiek wielu. Nie ukrywajmy, ciepły kocyk i zapas soku malinowego zachęca do pozostania w domowych pieleszach. Dziś opowiem Ci czy warto ruszyć cztery litery, wpakować je do samolotu i wyruszyć na podbój dzikich ostępów na krańcu Europy.


→ Pogoda w Amsterdamie

Musisz wiedzieć, że pogoda w Amsterdamie (i w całej Holandii) jest bardzo kapryśną panienką. Niebo nad Niderlandami rzadko bywa niebieskie. Zdecydowanie częściej przybiera zimne odcienie bieli i stali. Jestem przekonana, że tuż nad miastem anioły urządziły suszarnię. Rozwieszają hultaje na sznurkach z lekka wyżęte chmury, a z nich – kapu kap – lekką mżawką opada deszczówka.

Ośmielę się stwierdzić, że nie ma większego znaczenia o jakiej porze roku staniesz u brzegu szerokiej wstęgi Amstel i równie szerokiej IJ. Prawda jest taka, że zazwyczaj masz przechlapane, a tylko momentami stąpasz po bruku sucha stopą. Morski klimat sprawia, że powietrze przeważnie jest wilgotne. Wg danych historycznych średnio 18 dni w miesiącu ziemię rosi mżawka.

Miałam okazję cieszyć się Amsterdamem wiosną, latem i zimą. W trakcie moich wiosennych odwiedzin Północna Holandia zalana była deszczem. Zwiedzanie odbywało się w tych krótkich momentach, gdy nad naszymi głowami unosiła się wilgotna mżawka. Zrozumiałam wtedy dlaczego Holenderki noszą tak oszczędny makijaż. Panta Rei – że tak to ujmę.

Z kolei na początku sierpnia zeszłego roku Holandię dręczyły rzęsiste deszcze. Tydzień przed moim przylotem niederlandzka część Internetu oszalała na punkcie spławiania ulicami pontonów i dmuchanych kół. Dopiero ja – TAK JA – sprawiłam, że nad Amsterdamem nastała jasność. Przez niemal dwa tygodnie ulice miasta skąpane były w ciepłych promieniach słońca, a ja spaliłam się na raczka.

Zimą liczyłam na zamarznięte kanały i wirujące ponad moją głową płatki śniegu. Miało być bajkowo i magicznie. Jednak z maszyny losującej tam u góry wypadły dla mnie dwie bile: jedna z temperaturą +6 st., a druga z pięknym słońcem! (No dobra, przez pół dnia było chmurzaście.)

Konkluzja jest taka: pogody w Holandii nie przewidzisz nawet jeśli jesteś ulepiony z tej samej gliny, z której lepiono Wróżbitę Macieja. Po prostu nie planuj. Jedź, baw się, przeżywaj! A nóż widelec trafisz na to. ↓

Amsterdam, zima, zamarznięte kanały
Fot. Ben Visbeek

→ Całe miasto tylko dla Ciebie!

Szacuje się, że Amsterdam odwiedza co roku ok. 17 milionów turystów. Połowa z nich pochodzi spoza granic Holandii. Wykonałam skomplikowane działanie matematyczne z użyciem kalkulatora i wyszło mi, że popularnymi ulicami i kanałami dziennie porusza się około 47 000 podróżników. Wyobraź więc sobie ten gąszcz sandałów!

Muszę przyznać, że nie przepadam, gdy co i rusz ktoś mnie szturcha lub wbija łokieć między żebra. Natychmiast ciśnienie mi skacze. Chęć mordu również. W takich chwilach mój wzrok bacznie bada okoliczne mury w poszukiwaniu szczelin. Byle tylko umknąć przed turystycznym zgiełkiem.

A zimą? Zimą cały Amsterdam masz dla siebie! Choć to miasto nie zasypia nigdy to ilość wędrowców o tej porze roku jest akceptowalna. Amsterdam zyskuje dodatkową przestrzeń i więcej oddechu. Zimą możesz urządzić spokojny spacer Damrakiem aż po Plac Dam. Bez pośpiechu cieszyć oczy malowniczymi kanałami w Jordaan i zobaczyć o co halo z De Wallen – czyli Dzielnicą Czerwonych Latarni – która w szycie sezonu często topi się w zalewie turystów rządnych zielonej i aktywnej turystyki 😉


→ Zima w Holandii jest GEZELLIG!

Gezellig to słówko, które nie sposób odtworzyć w innym języku. Najbliżej doń angielskiemu cozy. Gezellig to połączenie komfortu, ciepła i dobrej atmosfery. Ten specyficzny stan ciała i umysłu najłatwiej osiągnąć zimą kiedy nos jest czerwony, a policzki rumiane. Mimo, że gezellig jest dość powszechne to moim zdaniem najlepiej przeżyć je z lokalną społecznością. Ale jak to zrobić?

Po pierwsze wybierz odpowiedni lokal. Zajrzyj przez szybę do wnętrza i uważnie przestudiuj wyposażenie. IMO najważniejszy jest stół. Olbrzymi, prostokątny i solidny. Nie żartuję! To co kocham w moich ulubionych lokalach w Amsterdamie to właśnie te cuda stolarki, które odbierają Ci możliwość spożywania posiłku w pojedynkę. Musisz się dosiąść do kogoś lub ktoś dosiądzie się do Ciebie. W mgnieniu oka Twój stolik zmieni się w mikrospołeczność. Będziecie rozmawiać, śmiać się i wymieniać poglądy. (Pamiętaj tylko: odłóż elektronikę, nie patrz na mapę!)

Ja swoje pierwsze gezellig przeżyłam w De Foodhallen. W dawnej zajezdni tramwajowej stworzono agregat klimatycznych lokali z jedzeniem i piciem. Zamówienia składasz w dowolnym barze, a później siadasz przy wspólnych stołach i przeżywasz 🙂 W hali (De Hallen) znajdują się również niewielkie sklepy (małe galerie) z hipsterskim dobrem, a nieopodal toczy się wymiana dóbr wszelakich na targu Ten Kate. Osobiście polecam Ci połączenie rześkiego spaceru alejkami Vondelpark z odwiedzinami w tym przybytku niesamowitości. Park i De Hallen dzieli zaledwie 20 minut spaceru 🙂

Fot. Dzięki uprzejmości De Foodhallen 😀 Dank je!

→ I stała się jasność!

Co roku, zimową porą nocne mroki rozświetla Amsterdam Light Festival. Świetlne iluminacje pojawiają się na ulicach na początku grudnia i cieszą oczy aż po Narodowy Dzień Tulipanów przypadający na drugą połowę stycznia.

Musisz jednak wiedzieć, że Amsterdam Light Festival to nie są typowe błyskotki wywieszane z okazji Bożego Narodzenia. Każda edycja ma swoje hasło przewodnie i stanowi piękną wystawę o mocnym przesłaniu. Ja miałam okazję na własne oczy podziwiać ALF 15/16. W tym czasie instalacje opowiadały o różnych poziomach przyjaźni. Po powrocie spisałam swoje wspomnienia i garść przemyśleń. Znajdziesz je tutaj.

 


→ Deszcz, plucha i śnieżna zawierucha?

Ok, a co jeśli będzie najgorzej i trafisz na załamanie pogodowe? Chill. Wiele przewodników sugeruje, aby w trakcie weekendowej wycieczki po Amsterdamie odwiedzić najsłynniejsze muzea. Choć zazwyczaj odradzam taki typ zwiedzania tym razem zrobię wyjątek. Kiepska pogoda to idealna okazja do skorzystania z bogatej oferty kulturalnej miasta. Amsterdamskie kamienice skrywają aż 44 muzea. Oczywiście nie wszystkie warto zobaczyć. Ja mam swoje 3 ulubione.

Het Scheepvaartmuseum

Tak, wiem – pierwsze słyszysz. W wolnym tłumaczeniu na nasze można powiedzieć, że jest to Narodowe Muzeum Żeglugi Morskiej. Pod swoim dachem kryje skarby złotego wieku. Dzięki pięknym i bogatym zbiorom na własne oczy możesz zobaczyć jak wyglądało astrolabium, zabawić się w “znajdź różnicę” między sextantem i oktantem oraz zachwycić się pozłacaną lunetą. Chwilę później możesz wyruszyć w podróż palcem po mapie. A tu mapy są takie przez duże M… i duże A, P, Y. Istne dzieła sztuki światowej kartografii, przed którymi nawet mapa San Escobar może się schować!

To nie wszystko. Sheepvaartmuseum to przede wszystkim zwiedzanie aktywne. Dzięki blue box’om i pomieszczeniom naszpikowanym nowoczesnymi technologiami nawet Człowiek-Bardzo-Dorosły zmienia się tutaj w dziecko. Z otwartym dziubkiem wysłuchuje opowieści o wielkich morskich wyprawach, których sam jest bohaterem. Odwiedza współczesny port morski, do którego trudno się dostać. Jedyna opcja to dać się zamknąć w kontenerze. Borze Bagienny, ale bym tam wróciła!

Ons’ Lieve Heer op Solder

Niech zgadnę, o tym też nie słyszałeś? Ons’ Lieve Heer op Solder to niewielki kościół katolicki w sercu Amsterdamu. Cóż tak niezwykłego znalazłam w tym przybytku pobożności? Jego historia związana jest z konfliktami na tle wyznaniowym, które przez dziesiątki lat rozgrzewały chłody niderlandzkich ziem. Wiek XVI był dla Holendrów okresem gorzkim. W owym czasie pieczę nad regionem w imieniu Rzymu sprawowała hiszpańska inkwizycja. Z historii wiesz zapewne, że inkwizytorzy każdy protest przeciw doktrynie katolickiej karali surowo. Dla Niderlandów był to czas krwawych tortur i palenia na stosie.

Trudno więc dziwić się, że po wyzwoleniu spod rzymskiego jarzma stały się gruntem podatnym na napływający z Niemiec ruch reformatorski. Role odwróciły się. Ludność do tej pory nękana przez katolików zmieniła się w katów. Zakazano jakichkolwiek praktyk i obrzędów katolickich. Przez kraj przetoczyły się liczne egzekucje… Oko za oko.

Dramatyczna sytuacja sprawiła, że pod koniec XVII wieku kupiec Jan Hartman na trzech kondygnacjach swoich kamienic przy Oudezijds Voorburgwal zbudował tajny kościół, w którym poza co niedzielnym nabożeństwem udzielano ślubów i chrzczono dzieci. Dziś – z przewodnikiem w słuchawkach – możesz sam wdrapać się wąskimi schodami do Kościoła na Poddaszu. Gdy tam będziesz usiądź na ławce i zastanów się czy jakikolwiek bóg życzyłby sobie, aby w jego imieniu gardzić, uciskać i rozlewać krew innych ludzi.

Ons' Lieve Heer op Solder, Our Lord on the Attic
Fot. Arjan Bronkhorst, iamsterdam.com

Rijksmuseum

Szczerze powiem, że Rijksmuseum zazwyczaj odradzam jeśli ktoś zamierza być w Amsterdamie ledwie kilka dni. Przeważnie polecam też przeczytanie czegoś więcej ponad przewodnik turystyczny. Uważam, że aby docenić Rijksmuseum trzeba przynajmniej pobieżnie znać historię tego kraju. Ja za pierwszym razem nie doceniłam.

Rijks to jedno z tych muzeów, gdzie ktoś poszalał z ilością eksponatów. Na zwiedzanie trzeba zarezerwować przynajmniej 6 godzin. Jak dziś pamiętam, że zwiedzając je po raz pierwszy ekspozycję dzieł Rembrandta praktycznie przesiedziałam na ławeczce bo nogi – mówiąc kolokwialnie – wlazły mi do dupy i ruszać się nie miałam siły.

No ale. To właśnie w Rijks możesz zobaczyć jak dżdżysty klimat i wąska acz głęboka zabudowa wpłynęły na światło i cień w malarstwie Rembrandta i Vermeera. Również tutaj możesz spróbować odszukać wśród licznego przedstawicielstwa malarstwa portretowego nielicznych krajobrazów.

Amsterdam, Rijksmuseum - Erik Smits
Fot. Erik Smits, iamsterdam.com

Sprawdź  zasady zwrotu na kartę kredytową.

O autorce
Fru
Wszystko co się dzieje w moim świecie dzieje się zazwyczaj w moim własnym środku. Tam przeżywam zachwyt, radość i smutek. Od dziecka zwijam wszystkie myśli i słowa w kulki, a potem upycham wewnątrz. To daleko posunięty introwertyzm wg fachowców od ludzkiej duszy. Ja zazwyczaj mówię krótko, że jestem popie… tzn. chciałam rzec, iż stworzyciel spaprał lekko robotę tworząc Magdalenę. Z tego spaprania wziął się pomysł na blog podróżniczy. Wszak po cóż kisić w sobie te wszystkie słowa jeśli można podzielić się wewnętrznym słowotokiem z bezpiecznych, domowych pieleszy?
Join to Instagram